cfr

piątek, 29 kwietnia 2016

Whickham windmill-kwiecien 2016

Zdarzyło nam się już kiedyś przez Whickham przejeżdżać, nie pomyślałam jednak, że i tu może znajdować się stary wiatrak.
W miniona niedziele mieliśmy do załatwienia pewna sprawę w Gateshead i postanowiliśmy odszukać jeden z pożądanych ostatnio przez nas obiektów. 
Z Whickham rozciąga się ładny widoczek na rzekę Tyne i położone u jej brzegów miasta: Gateshead i Newcastle.


Stary windmill znajduje się w parku o nazwie The Chase Park.


Nieco zniszczona tablica informuje nas o historii parku oraz zasadach jakich musimy przestrzegać  przebywając w nim.


Sądzę, że latem jest tu zdecydowanie ładniej. Niestety w północnej Anglii z powodu panującego ciągle chłodu liście dopiero zaczynają się pojawiać na drzewach w postaci pąków. 


Wiatrak usytuowany jest z boku parku. Niestety lata swojej świetności ma już dawno za sobą.



Obchodzimy go dookoła.

Nie jest to specjalnie atrakcyjny obiekt, my cieszymy się jednak, ze udało nam się odhaczyć kolejny punkt z naszej listy.



Dziś w parku zapewne leży śnieg. Pomimo, ze już 29 kwietnia u nas wiosny ciągle nie widać. Oby tylko to zaczęło się powoli budzić do życia, nie zamarzło :(.

niedziela, 24 kwietnia 2016

Parque das Nacoes-luty 2016.

To był jeden z takich dni, kiedy odechciewa się wszystkiego. Niby cieszysz się, że jesteś na urlopie, jednak kiedy za oknem masz pogodę taka samą jak w kraju, w którym mieszkasz, to można poczuć lekki zawód. 
Ja wiem, że jadąc na południe Europy w lutym nie można się spodziewać upałów. Jednak ten deszcz i ponura aura doprowadzała mnie do delikatnie mówiąc rozdrażnienia.
Pomimo kiepskich nastrojów zebraliśmy się i udaliśmy w kierunku Parku Narodów. Naszym nadrzędnym celem było oceanarium, w którym można się schowac i nie patrzeć na padajacy deszcz.
Naszym środkiem lokomocji w tym dniu było metro. 
Szybko i wygodnie, jedynie co mnie irytowało to wszelkiego rodzaju żebracy począwszy od niewidomych (chociaż kto ich tam wie, za bardzo im nie dowierzam) kończąc na grajkach.


Po około 40 minutach (z przesiadką) dotarliśmy na dworzec Oriente.


Park Narodów powstał na wystawę Expo 1998.


 Zajął dawne tereny poprzemysłowe i cieszy się do dnia dzisiejszego zainteresowaniem nie tylko turystów, ale jest również często odwiedzany przez mieszkańców. Zapewne spowodowane jest to jego położeniem tuż przy Tagu. Wykorzystano ten fakt do zbudowania największego (podobno) oceanarium w Europie. Z cała pewnością jest to najbardziej znana atrakcja Parku Narodów.
Zanim my jednak do niej dotarliśmy, przeszliśmy się kawałek po samym parku. Akurat deszcz zamienił się  w mżawkę i mogliśmy chwilkę pospacerować.


Naszym celem w tym dniu było nie tylko oceanarium, ale także przejażdżka kolejką linową-teleferico.



Wsiadamy do kolejki w momencie, w którym znowu zaczął padać deszcz.


Myślę, że w słoneczny dzień jest tu na prawdę przyjemnie , a widoki z kabiny na Park Narodów mogą cieszyć oko.


Podróż w obydwie strony nie trwa długo. Pewnie gdybyśmy trafili tu w słoneczną pogodę, wysiedlibyśmy na drugiej stacji i przeszli  z powrotem do oceanarium, odwiedzając przy okazji Ogrody Garcii de Orta.
Niestety aura nie pozwoliła nam na to. Dlatego po opuszczeniu kolejki szybko udajemy się do oceanarium, w którym spędzamy około 2 godzin. Oczywiście można spędzić tam i cały dzień, my jednak nie rozczulamy się nad każdym żyjątkiem.




Oceanarium jest bardzo duże. Jest tu ogromne akwarium (jego pojemność to okolo 5000 metrów sześciennych), które możemy obejrzeć z każdej strony. Miejsce to zaprojektował Peter Chermayeff , ten sam, który jest twórcą projektu największego oceanarium na świecie- w Osace).
Jak to zwykle bywa w tego rodzaju obiektach, możemy tu podziwiać życie i środowisko Oceanów: Spokojnego, Atlantyckiego, Indyjskiego i Arktycznego.
 Kiedy weszliśmy, większość turystów skupiła się przy pierwszych oknach. Był tłok, później jednak było coraz luźniej. My ominęliśmy tłumy i poszliśmy w poszukiwaniu spokojniejszych miejsc.



Dalej było na prawdę lepiej. Chyba większość turystów było już znudzonych gapieniem się na ryby w wielkim akwarium i skupili się na mniejszych wystawach. Wtedy my mogliśmy napawać się widokami.



Zajrzeliśmy rownież do mini lasu tropikalnego. Jednak po tym co widzieliśmy w Eden Project , ten las wydał nam się mikroskopijny.


 W lizbońskim oceanarium możemy zobaczyć przeurocza parkę ryb z gatunku samogłowów. Prawda, ze wyglądają przyjemnie?







Oczywiście nie mogło zabraknąć Nemo.


Bilety do oceanarium do najtańszych nie należą, ale nie są tez zbytnio wygórowane. Za rodzinny bilet zapłaciliśmy 49,50 euro.


W drodze powrotnej do Dworca Oriente mijamy Kasyno oraz plac Rossio Olivais.


Na placu tym powiewają flagi państw , które brały udział w Expo 98.


Wracamy z powrotem na dworzec, odwiedzając wcześniej Centrum Handlowe Vasco da Gama.
Po szybkich zakupach i odwiedzeniu popularnej sieci fast food (niestety byliśmy na tyle głodni, że nie chciało nam się szukać wykwintnych dań) udaliśmy się w drogę powrotną do centrum Lizbony.


Ten dzień nie zapowiadał się ciekawie, jednak z całą pewnością należał do udanych. Pomimo deszczu bawiliśmy się na prawdę dobrze.

sobota, 9 kwietnia 2016

Wiatraki-mlyny County Durham-kwiecien 2016.

Czasami wydaje nam sie, ze mieszkamy w niezbyt ciekawym miejscu. Ja rowniez tak mialam. Teraz jednak zaczynam z kazdym rokiem odkrywac coraz wiecej ciekawych miejsc w rejonie mojego zamieszkania.
Wystarczy czytac inne blogi o tematyce podrozniczej a mozna na prawde znalezc sporo inspiracji.
Ostatnio podczytuje Przystanek Klodzko i dzieki Ani wpadlam na pomysl odszukania w mojej okolicy wiatrakow-mlynow.
Korzystajac z w miare przyjaznej pogody postanowilismy dzis wybrac sie na krotka wycieczke w poszukiwaniu wiatrakow w Country Durham. Kazdy z odnalezionych przez nas mlynow byl napedzany oczywiscie sila wiatru i sluzyl do mielenia zboza.
Niestety do czesci obiektow nie udalo nam sie dotrzec. Wspolrzedne goegraficzne, ktore znalazlam w internecie niestety byly zle. Mielismy w planach 12 wiatrakow, zobaczylismy 7. Spedzilismy w drodze 6 godzin i przejechalismy okolo 130 mil.
Pierwszy wiatrak, ktory odwiedzilismy to West Boldon Mill.
Jest zamieszkaly, stoi sobie posrod innych domow. Trudno uwierzyc, ze kiedys byla tam farma.
Znalazlam informacje, ze dom byl wystawiony na sprzedaz w 2014 roku i kosztowal ponad 450 000 funtow. 


Kolejnym wiatrakiem, ktory znalezlismy byl Cleadon Mill. Polozony jest na wzdorzu, z ktorego rozposciera sie widok na Sunderland i morze.
Ten mlyn nie jest juz niestety w tak znakomitej formie jak jego poprzednik. 



Jak wiekszosc mlynow ten rowniez pochodzi z wczesnego XIX wieku.


Po krotkim spacerku wsiadamy do auta i obieramy kierunek Withburn. Jest to niewielka wioska polozona nad Morzem Polnocnym, ale dla nas ma to COS. Mianowicie kolejny wiatrak. 
Ten jest w doskonalej formie. Podobno raz w roku mozna go zwiedzic.


Z jednej strony otacza go nowe osiedle, z drugiej skierowany jest w strone morza.



Tu w zasadzie skończyła się najfajniejsza część wycieczki. Reszta wiatraków była niedostępna, tzn. nie mogliśmy podjechać blisko nich.
Fulwell Mill położony jest przy ruchliwej drodze. Ma co prawda swój parking, jednak był dziś zamknięty na kłódkę. Zdjęcie udało mi się zrobić z przeciwnej strony ulicy.


Być może można go zwiedzać. Ja  niestety nie mogłam znaleźć żadnych informacji na ten temat.


Niestety było coraz gorzej. Kolejny młyn Jackson's Mill w Easington jest zamieszkały, znajduje się na terenie czyjegoś gospodarstwa. Wjechaliśmy na prywatna posesje, zrobiłam szybko jedno zdjęcie.
Nie lubię takich sytuacji.


Kolejny Elwick New Mill również jest prywatnym domem. Do niego musiałam podejść pieszo, ponieważ droga gruntowa z wielkimi dziurami skutecznie zniechęciła nas do podjeżdżania bliżej.
Wiatrak wygląda na zadbany.
Zdjęcie zrobiłam z daleka. Nie lubię naruszać czyjejś prywatności 


Ostatni młyn, który udało nam się "upolować" był Heworth Mill niedaleko Newton Aycliffe.
Niestety nie udało nam się znaleźć drogi do niego. Widzieliśmy go tylko z oddali i wygladał na zamieszkany


W planach mieliśmy jeszcze 5 obiektów. Jednak współrzędne geograficzne, które udało nam się znaleźć w internecie niestety nie doprowadziły nas do reszty wiatraków. Muszę postarać się bardziej zgłębić temat i wtedy wrócimy z powrotem na szlak młynow w County Durham.

czwartek, 7 kwietnia 2016

Belem/Lizbona-luty 2016

Belem to dzielnica w której pierwotnie mieliśmy mieszkać. Na szczęście dzięki Krzyśkowi z http://infolizbona.pl/ zmieniliśmy nasze plany. Napisałam na szczęście, bo chociaż samo Belem jest bardzo ładne, to jednak oddalone od centrum miasta około 30 min. jazdy tramwajem. Na dodatek przepełnionym. 
My wsiedliśmy do tramwaju nr 15 na Placu da Figueria, który jest jego pierwszym w centrum przystankiem. Na całe szczęście, bo później nie mielibyśmy szans na dostanie się do środka.
Tramwaj był pełen turystów i mieszkańców od pierwszego przystanku aż do samego Belem.


Jechaliśmy akurat nowym tramwajem, który jest bardziej komfortowy, w porównaniu ze  starymi modelami. W tym przypadku był to akurat strzał w "10", bo przede wszystkim był dłuższy i znalazło się dla nas miejsce siedzące. Oczywiście jednak wiadomo, że te stare tramwaje maja swój urok i w normalnych okolicznościach przyrody zdecydowanie wybralibyśmy model starszy :).


Pogoda akurat w ten dzień nam dopisała, natomiast była to połowa naszego pobytu w Lizbonie i chyba dopadło nas przesilenie. Mieliśmy spędzić w Belem cały dzień, a spędziliśmy zaledwie około 2 godzin.


Udaliśmy się oczywiście w kierunku Pomnika Odkrywców.
Monument wzniesiono w 1960 roku w 500 rocznicę śmierci Henryka Żeglarza uważanego za "ojca chrzestnego" portugalskich odkryć geograficznych.


Pomnik przedstawia dziób statku gotowego do wypłynięcia w rejs. Na pokładzie znalazły się znane postaci portugalskiej historii. Na samym przodzie stoi Henryk Żeglarz, a wśród 33 bohaterów umieszczonych na pomniku są min. król Manuel I, poeta Luis de Camoes. Jedyną kobietą, która została zabrana na pokład jest matka Henryka Żeglarza, królowa Filipa Lancaster.


Pomnik prezentuje się pięknie na tle niebieskiego nieba. Dokładnie tak sobie go wyobrażałam. 



Mijamy go i kierujemy się promenadą Avenida da India w stronę ujścia Tagu do oceanu, by dostrzec do Wieży Belem.


Ciężko było nam uwierzyć w to co zostało napisane w naszym przewodniku po Lizbonie. Torre de Belem podobno stała kiedyś na środku Tagu. Dziś znajduje się u jego brzegu. Stało się tak w wyniku przesunięcia koryta rzeki. 
W związku z tym sama wieża w swojej historii pełniła różne funkcje, była min. twierdzą strzegącą drogi wodnej do miasta, latarnią morską a także więzieniem. To tutaj w 1834 roku był przetrzymywany gen. Józef Bem.


Nie zdecydowaliśmy się wejść do środka. Kolejka, która wiła się przed nią skutecznie nas do tego zniechęciła. 



Siedzimy chwilkę na ławce, odpoczywamy, napawamy oczy widokami i udajemy się w drogę powrotną.
Mieliśmy zamiar zwiedzić Klasztor Hieronimów, a w szczególności krużganki, o których tyle już w internecie pochwał napisano.
Niestety kolejna kolejka nas zniechęca. Może kiedyś tu wrócimy?



Świątynia z zewnątrz prezentuje się okazale. Jednak my nic nie poradzimy na to, że ten dzień był zdecydowanie na NIE wszelkim kolejkom.


W ogóle był to dzień , że większość rzeczy nam przeszkadzała. Tłum w tramwaju, sprzedawcy selfie sticków i okularów przeciwsłonecznych, czy kolejki do atrakcji turystycznych. Aż strach pomyśleć co tu się dzieje w pełnym sezonie.
Na koniec mieliśmy zakupić sławne pasties de Belem.


Nie kupiliśmy...bo kolejka była zbyt długa.